Aleksander Doba (ur. 9 września 1946 w Swarzędzu) – polski podróżnik, kajakarz, zdobywca i odkrywca. Dzięki internetowemu głosowaniu na stronie internetowej „National Geographic” zdobył tytuł „Podróżnika Roku 2015”. Jako pierwszy człowiek w historii samotnie przepłynął kajakiem Ocean Atlantycki z kontynentu na kontynent (z Afryki do Ameryki Południowej) wyłącznie dzięki sile mięśni. Opłynął kajakiem Morze Bałtyckie i Bajkał. Również jako pierwszy opłynął całe polskie wybrzeże z Polic do Elbląga oraz Polskę po przekątnej z Przemyśla do Świnoujścia. Dwukrotny Złoty, Srebrny i Brązowy medalista Otwartych Akademickich Mistrzostw Polski w kajakarstwie górskim. 19 marca 2015 został honorowym obywatelem Swarzędza.

Życie prywatne

Dzieciństwo spędził w Swarzędzu. Ukończył Politechnikę Poznańską. Od lat 70. XX wieku mieszka w Policach. Pracował w Zakładach Chemicznych Police. Obecnie na emeryturze. Rodzina: żona Gabriela, dwóch synów – Bartłomiej i Czesław oraz dwie wnuczki Olga oraz Agata (córki Bartłomieja i Katarzyny).

Osiągnięcia

Latał na szybowcach różnych typów, wylatane 250 godzin. Uzyskał drugą klasę wyszkolenia szybowcowego zdobywając srebrną odznakę szybowcową z jednym diamentem.

Uzyskał trzecią klasę skoczka spadochronowego po wykonaniu 14 skoków.

Zdobył złotą odznakę turystyki kolarskiej.

Uzyskał patent sternika jachtowego z rozszerzonymi uprawnieniami (na rejsy morskie).

Zdobył wszelkie odznaki kajakowe wszystkich stopni krajowych organizacji oraz najwyższe międzynarodowe organizacji ICF (złota ICF – jedna z kilku w Polsce). Przodownik Turystyki Kajakowej PTTK I stopnia, Instruktor Turystyki Kajakowej PZKaj Stopnia Związkowego, Instruktor Rekreacji Ruchowej o specjalności Kajakarstwo.

Zdobył tytuł Akademickiego Mistrza Polski w Kajakarstwie Górskim w 2003 roku. Obronił ten tytuł w 2004 roku.

Zdobył tytuł Drużynowego Akademickiego Mistrza Polski w Kajakarstwie Górskim w 2003 roku wraz z dwoma synami Czesławem (2. miejsce) oraz Bartłomiejem (4. miejsce).

Zdobył tytuł „Podróżnika Roku 2015” wybrany przez głosowanie National Geographic.

Wyczyny

Turystykę kajakową zaczął uprawiać od 1980 roku, mieszkając w Policach, w Klubie Kajakowym „Alchemik” Police oraz Akademickim Klubie Turystyki Kajakowej „Pluskon” w Szczecinie.

W roku 1989 w ciągu 13 dni przepłynął Polskę po przekątnej z Przemyśla do Świnoujścia, 1 – 13 kwietnia, 1189 km.

W 1989 roku wyśrubował rekord Polski (bijąc też Niemców) na 5125 km przepłyniętych kajakiem w jednym roku, mając do dyspozycji normalny urlop – 26 dni roboczych. Z tej liczby tylko 125 km przepłynął po raz wtóry w życiu. 5000 km to trasy po raz pierwszy w życiu przepłynięte przez niego kajakiem. W 1989 roku pływał kajakiem przez 108 dni – prawie co trzeci dzień w kajaku i to na nowych trasach. Ten nieoficjalny rekord Polski jest aktualny do dziś.

W 1991 roku jako pierwszy kajakarz po II wojnie światowej przepłynął od trójstyku granic Polski, Czechosłowacji i Niemiec Nysą Łużycką oraz Odrą trasę wzdłuż zachodniej granicy.

Także w 1991 roku jako pierwszy kajakarz przepłynął wzdłuż polskiej morskiej granicy oraz jako trzecia polska jednostka pływająca po II wojnie Światowej przepłynął przez Cieśninę Pilawską koło Bałtyjska i dopłynął do Elbląga (a potem do Gdyni).

Jako pierwszy kajakarz przepłynął całą Wisłę.

W 1998 roku (21 lipca – 11 września) rzekami i kanałami przepłynął w ciągu 57 dni trasę 2719 kilometrów „Kajakiem przez Niemcy i dookoła Danii z Polic do Polic”. Trasa: Police – Szczecin – Odra – Havel Kanal – Kopnik – Łaba – Hamburg – wzdłuż wybrzeży Danii: Esbjerg – Skagen – Kopenhaga – wzdłuż wybrzeży wysp Zelandii, Olandii, Fionii – Gedser Ode – Zingst (koło Rugii i Lubnicy) – Kap Arkona (Rugia) – Sośnica – wyspa Uznam – Świnoujście – Police.

Rok później (21 czerwca – 9 września 1999) podczas wyprawy „Kajakiem dookoła Bałtyku z Polic do Polic” samotnie opłynął Bałtyk. Zajęło mu to 80 dni, w czasie których pokonał 4227 kilometrów. Trasa: Police – Świnoujście – Nexø (Bornholm) – Sandvig – Simrishamn (Szwecja) – Karlskrona – Kalmar – Sztokholm – Wyspy Alandzkie – Turku (Finlandia) – Helsinki – Tallin (Estonia) – Parnawa – Ryga (Łotwa) – Windawa – Lipawa – Kłajpeda (Litwa) – Kaliningrad (Rosja) – Gdańsk – Hel – Ustka – Kołobrzeg – Świnoujście – Police.

Od 26 czerwca do 6 października 2000 w ciągu 101 dni przebył samotnie trasę 5369 kilometrów z Polic do Narwiku podczas wyprawy „Kajakiem za Koło Podbiegunowe Północne z Polic do Narwiku”. Trasa: Police – Nowe Warpno – Karnin – Lassan – Wolgast – Gedser Ode – Kopenhaga – Malmo – Helsingborg – Göteborg – Oslo – Stavanger – Bergen – Trondheim – Bodø – Narwik.

W roku 2004 wraz z Pawłem Napierałą wziął udział w „Pierwszej Polskiej Transatlantyckiej Wyprawy Kajakowej KAYLANTIC” przez Atlantyk na trasie Tema (Ghana) – Brazylia. Planowany rejs na dystansie ok. 3000 Mm miał trwać ok. 80 dni. Po dwóch dobach prąd zniósł kajakarzy z powrotem do wybrzeży Ghany, fala przyboju zniszczyła prowiant i wyprawa została przerwana.

W 2008 roku, 7-12 lipca – członkowie Szczecińskiej Grupy Kajakowej K2[5] – Aleksander Doba, Piotr Owczarski i Jerzy Switek – podjęli próbę przepłynięcia kajakami przez Kanał La Manche, na trasie Cap Gris-Nez – Folkestone. Kajakarzy asekurować miał jacht Gaudeamus. Próbę uniemożliwił sztorm.

W 2008 roku, sierpień – Aleksander Doba uczestniczył w wyprawie Klubu Podróźników Arsoba Travel „Ałtaj – pełne zaćmienie Słońca – Bajkał lato 2008”. Zabrał ze sobą składany brezentowy 30-letni kajak produkcji NRD, którym chciał opłynąć Bajkał. Wypłynął, ale jesienna pogoda uniemożliwiła mu zakończenie rejsu. Zostawił kajak w Ułan Ude i wrócił do Polski.

W 2009 roku, w ciągu 41 dni, samotnie opłynął jezioro Bajkał w „Wyprawie DOOKOŁA BAJKAŁU”. Pokonał wtedy prawie 2 tysiące kilometrów (1954 km linii brzegowej). Po zamknięciu pętli Bajkału (na pozostawionym rok wcześniej składanym kajaku) płynął z biegiem Angary do Irkucka. Stamtąd koleją transsyberyjską wrócił do Polski.

Kajak „Olo”, na którym Aleksander Doba pokonał Atlantyk

W 2010 roku Aleksander Doba postanowił po raz drugi, tym razem samotnie, przepłynąć Ocean Atlantycki podczas wyprawy „Transatlantic kayak expedition”. Rejs odbył się na jednostce zbudowanej w Szczecinie w stoczni Andrzeja Armińskiego zaprojektowanej specjalnie w tym celu pod jego kierownictwem przez Rafała Głodka, Michała Klimka i Radosława Zygmunta, napędzanej tylko kajakowym wiosłem, 26 października 2010 wyruszył z Dakaru (Senegal) w kierunku Fortalezy (Brazylia). Do miejscowości Acaraú w Brazylii dopłynął 2 lutego 2011 po 99 dniach rejsu i przepłynięciu 5394 km (2913 mil morskich) (dopłynięcie do planowanej Fortalenzy uniemożliwił silny znoszący na zachód prąd oraz wiatr). Tym samym, jako pierwszy na Świecie przepłynął kajakiem przez Atlantyk z kontynentu na kontynent (z Afryki do Ameryki Południowej) wyłącznie dzięki sile mięśni[3]. Wcześniej Atlantyk na kajaku przepłynęły 3 osoby: w 1928 roku Franz Romer (58 dni, z Wysp Kanaryjskich na Wyspy Dziewicze), w 1956 roku Hannes Lindemann (72 dni, z Wysp Kanaryjskich na Bahamy) – obaj płynęli na kajakach wspomaganych żaglem, w 2001 roku Peter Bray (76 dni z Nowej Fundlandii do Irlandii – czyli również z wyspy na wyspę).

W dniach 5 października 2013 – 17 kwietnia 2014 przepłynął Atlantyk od portu w Lizbonie poprzez krótki postój na Bermudach, do portu Canaveral na Florydzie w Stanach Zjednoczonych. Trasa miała długość 4500 mil morskich.

Odznaczenia państwowe

Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski – 16 lutego 2015

Nagrody

W 1999 roku – laureat „Conrady – Indywidualności Morskie” (przyznawanej przez Bałtyckie Bractwo Żeglarzy z Gdańska) za rejs kajakiem dookoła Bałtyku.

W 2000 roku – „Nagroda Kolos 2000”: wyróżnienie w kategorii Wyczyn Roku za studniowy rejs (5400 km) „Kajakiem z Polic do Narwiku”.

W 2000 roku – wyróżnienie w konkursie „Podróżnik Roku” (organizowanym przez miesięcznik Podróże) w kategorii „Europa”, za kajakową wyprawę do Narwiku.

W 2009 roku – „Nagroda Kolos 2009”: wyróżnienie w kategorii Wyczyn Roku za samotne opłyniecie kajakiem jeziora Bajkał, czego dokonał jako pierwszy Polak.

W 2010 roku, za swoją wyprawę kajakową dookoła jeziora Bajkał, został laureatem nagrody Złote Stopy 2010 przyznawanej przez internautów za największe osiągnięcia podróżnicze roku. Zajął pierwsze miejsce w kategorii Woda, jak również w kategorii generalnej, wyprzedzając m.in. Martynę Wojciechowską, typowaną za zdobycie Korony Ziemi.

W 2012 roku – Nagroda „Super Kolos 2011” za całokształt osiągnięć kajakarskich i konsekwentne dążenie do realizacji coraz bardziej ambitnych celów eksploracyjnych.

W 2012 roku – Nagroda „Szczupak 2011” za spełnianie śmiałych marzeń, przyznanym w plebiscycie „Gazety Wyborczej” w Szczecinie.

W 2012 roku – Dyplom Kapitana Żeglugi Wielkiej Honoris Causa nr 6, przyznany przez Szczeciński Klub Kapitanów Żeglugi Wielkiej za sukcesy w samotnej żegludze kajakowej w trudnych warunkach (m.in. za rejs wokół Danii, dookoła Bałtyku i za koło podbiegunowe północne oraz samotne przepłynięcie kajakiem Oceanu Atlantyckiego z Senegalu do Brazylii).

W 2012 roku – zaszczytny tytuł „Podróżnik im. Tony’ego Halika” na II Festiwalu Podróżniczym Bydgoszcz 2012.

W 2015 roku – Podróżnik roku, wybrany przez czytelników amerykańskiej edycji National Geographic.

W 2015 roku – nagroda „Kolosa” za rok 2014 w kategorii nagroda specjalna za samotne przepłynięcie kajakiem Atlantyku z Lizbony na Florydę.

Książki

W 2012 roku napisał książkę "Olo na Atlantyku" wydaną przez Wydawnictwo Bezdroża, oraz wydany w wersji elektronicznej dodatek „Oceaniczny alfabet Aleksandra Doby”.

Wybory

W wyborach samorządowych w 2014 roku bezskutecznie kandydował do sejmiku województwa zachodniopomorskiego z listy komitetu Bezpartyjni Pomorze Zachodnie. W wyborach prezydenckich w 2015 roku został członkiem honorowego komitetu poparcia Bronisława Komorowskiego.

 

 

 

Źródło: Wikipedia

AUTORZY: Barbara Świder

Jacek K Kąkolewski

 

 

Swarzędzki sportowiec i społecznik przyszedł na świat 21 sierpnia 1933 r. w Swarzędzu jako drugie dziecko w rodzinie Apolonii i Wincentego Kąkolewskich. Matka przed ślubem pracowała jako opiekunka w ochronce. Ojciec był powstańcem wielkopolskim i uczestnikiem wojny 1920 r. Później pracował jako stolarz. Oboje mieli ogromny wpływ na kształtowanie charakteru małego Tadzia i jego późniejszy stosunek do życia i pracy. Szczęśliwe dzieciństwo przerwała wojna. Musiał chodzić do niemieckiej szkoły, a w domu uczył się z mamą. Po wojnie szybko nadrabiał szkolne zaległości. Później nie ominęło go ani praca w ramach organizacji Służba Polsce, ani służba wojskowa. Jednocześnie działał w parafialnym kole Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej. Jednak jego największą pasją był sport. Już jako uczeń szkoły podstawowej zaczął grać w piłkę nożną w drużynie młodzików Unii. W pierwszej drużynie seniorów zagrał około 30 spotkań.

Od 1948 r. uprawiał zapasy. Jako siedemnastolatek występował w 1950 r. w drużynie, która wywalczyła awans do pierwszej ligi. W 1952 r. został mistrzem okręgu seniorów.

Na mistrzostwach Polski seniorów jego największym sukcesem było czwarte miejsce.

Do 1959 r. występował w drużynie Unii, z którą w 1955 r. wywalczył drużynowe wicemistrzostwo Polski.

W sumie stoczył prawie 200 walk. Startował także w podnoszeniu ciężarów – trzy razy wygrał mistrzostwa okręgu. W pierwszej połowie lat sześćdziesiątych dołączył do sekcji lekkoatletycznej Unii, gdzie występował w pchnięciu kulą aż do 1969 r.

Od 1964 r. do początku lat dziewięćdziesiątych pracował w zarządzie Klubu, był m. in. wiceprezesem ds. sportowych. W 1966 r. z jego inicjatywy powstała sekcja podnoszenia ciężarów, którą kierował aż do zakończenia jej działalności w 1990 r. Był sędzią w lekkoatletyce, zapasach i podnoszeniu ciężarów. W latach dziewięćdziesiątych jako kibic regularnie gościł na meczach piłkarzy i koszykarek Unii. Przez lata zgromadził największy zbiór zdjęć dokumentujących historię klubu. Od 2009 r. pracował z synem Jackiem nad książką o Unii, która ukazała się we wrześniu 2011 r.

Inną jego pasją było kolekcjonowanie. Jako wieloletni członek koła filatelistycznego zgromadził dużą kolekcję znaczków, w której szczególne miejsce zajmował zbiór o tematyce olimpijskiej. Zbierał też monety, proporczyki sportowe, a nawet etykiety piwne. Grał z najbliższymi w szachy i ping ponga. Swoje pasje starał się przekazać dzieciom i wnukom, tak jak każdemu sprezentował fragment swojej kolekcji.

Przez całe dorosłe życie prowadził po ojcu zakład stolarski, którego specjalnością były krzesła. Wyprodukował ich w sumie kilkadziesiąt tysięcy – lubił porównywać tę liczbę do pełnego stadionu.

Przez większość życia był parafianinem kościoła pod wezwaniem św. Marcina. Później, kiedy poruszał się o kulach, znalazł dla siebie kościół w Kobylnicy, gdzie proboszczem jest znany swarzędzanom ks. Tadeusz Peliński. Tam na niedzielne msze podjeżdżał samochodem niemal pod same boczne drzwi.

Był dobrym ojcem dwojga dzieci i ukochanym dziadkiem trzech wnuków. Odszedł 4 marca 2011 roku.

 

Źródło: Zeszyty Swarzędzkie 2011

 

 

 

AUTOR: Ryszard Karolczak

 

Prof. dr hab. Ryszard Kostecki urodził się 5 sierpnia 1924 roku w Kowlu na Wołyniu. Związanie się profesora z ziemią swarzędzką nastąpiło dopiero w 1954 roku. Trzeba jednak zauważyć, że już lata dzieciństwa Ryszarda Kosteckiego dostarczały wielu rodzinnych doświadczeń związanych z hodowlą pszczół, pozyskiwaniem miodu i jego przerobem. Działo się to za przyczyną dziadka, prowadzącego dużą pasiekę w Lubomlu na Wołyniu. Być może, że te dziecięce, częste spotkania z tajemnicą pszczół zadecydowały, już w dojrzałym wieku, o wyborze kierunku studiów i specjalizacji zawodowej profesora Kosteckiego. Przedtem jednak były trudne lata związane z nauką i pracą w okresie II wojny światowej.

Już jako chłopak, w 1942 roku nasz bohater wstąpił do ruchu konspiracji prowadzonego przez Związek Walki Zbrojnej AK i harcerstwo. Po zaprzysiężeniu walczył w licznych oddziałach partyzanckich, broniących ludności polskiej, zarówno przed oddziałami ukraińskiej UPA, jak też oddziałami niemieckimi na Wołyniu oraz Polesiu. Po zakończeniu działań wojennych na froncie wschodnim osiadł w Chełmie Lubelskim, gdzie ukończył liceum ogólnokształcące i uzyskał świadectwo maturalne. Krótko potem wstąpił na Wydział Weterynaryjny Uniwersytetu Lubelskiego, który ukończył w 1953 roku dyplomem lekarza weterynarii.

Już w roku następnym rozpoczął pierwszą pracę zawodową, jako asystent w Zakładzie Chorób Pszczół w Swarzędzu, pod kierunkiem znakomitego profesora Stanisława Kirkora. Warto zaznaczyć, że początki pracy w Swarzędzu wiązały się nie tylko z pracą zawodową, gdyż w tamtych latach obiekty zakładu były w tragicznym stanie. Praca zawodowa wiązała się więc z potrzebą generalnego remontu wszystkich obiektów zakładu. Dodatkowym utrudnieniem było zasiedlenie pomieszczeń przez aż 12 rodzin, które należało w porozumieniu z władzami miasta przenieść do innych lokali w Swarzędzu. Praca w zakładzie i znacząca działalność remontowa przebiegały z równoczesnym podjęciem przez Ryszarda Kosteckiego dalszych studiów na Wydziale Biologii i Nauki o Ziemi na Uniwersytecie Poznańskim. W konsekwencji w 1959 roku uzyskał dyplom magistra biologii. Pracę naukową kontynuował jednak nadal, także już w 1963 roku uzyskał stopień doktora nauk weterynaryjnych.

 

W tym samym czasie doktor Ryszard Kostecki ujawnił swoją kolejną pasję, a mianowicie sprowadzał do Swarzędza, z terenów całej Polski, zabytkowe ule - z myślą o utworzeniu na terenie parku przy pałacu skansenu pszczelarskiego. Wiązało się to z równoległym porządkowaniem zaniedbanych terenów otaczających pałac. Udało się zgromadzić bogatą kolekcję zabytkowych uli, poczynając od drzewa bartnego, pięciuset letnich kłód, a kończąc na zbiorze uli figuralnych. Ogromną rolę w prowadzeniu tego dzieła odegrały Swarzędzkie Fabryki Mebli, z których dostarczano liczne materiały drzewne i pomocnicze, niezbędne do rekonstrukcji na ogół zniszczonych uli. W ten oto właśnie sposób powstał w Swarzędzu pierwszy Pszczelarski Park Etnograficzny.

 

W następstwie śmierci profesora Kirkora, doktor Ryszard Kostecki w 1963 roku objął stanowisko kierownika Zakładu Badania Chorób Owadów Użytkowych i Weterynarii w Swarzędzu. Wyjątkowa pasja zawodowa i naukowa pozwoliły doktorowi Ryszardowi Kosteckiemu w niedługim czasie obronić rozprawę habilitacyjną i uzyskać w 1969 roku tytuł doktora habilitowanego, a po upływie następnych dziesięciu lat tytuł profesora nadzwyczajnego. Bogate źródło danych empirycznych stanowiły materiały i zbiory, uzyskane w toku bardzo licznych zagranicznych staży naukowych w wielu państwach świata. Z danych statystycznych zakładu kierowanego przez prof. Ryszarda Kosteckiego wynika, że na przestrzeni około trzydziestu lat, tj. aż do 1980 roku, w kraju wykonano ok. 2,5 mln badań rozpoznawczych pszczół i czerwia, z których ogromna większość realizowana była dzięki bezpośredniej inspiracji profesora.

 

Olbrzymi dorobek naukowy prof. dr hab. Ryszarda Kosteckiego sprawił, że stał się promotorem i recenzentem wielu rozpraw doktorskich, habilitacyjnych oraz nominacji profesorskich. O wyjątkowym uznaniu dokonań profesora m.in. świadczy to, że przez szesnaście lat pełnił funkcję Prezesa Zarządu Głównego Polskiego Związku Pszczelarskiego, zrzeszającego w tamtym czasie ok. 200 tys. pszczelarzy posiadających ok. 2 mln rodzin pszczelich. Profesor przez okres 23 lat był członkiem Prezydium Międzynarodowej Organizacji Pszczelarskiej „APIMONDIA” a równocześnie pełnił obowiązki Przewodniczącego Grupy ds. Lecznictwa Pszczół i Prawodawstwa Sanitarno-Weterynaryjnego. Te zaszczytne funkcje spowodowały wybór Polski, w skali światowej, na miejsce obrad 31. Międzynarodowego Kongresu Pszczelarskiego „APIMONDIA 1987”. W trakcie dwóch przedmiotowych kongresów, których miejscem obrad było Grenoble i Warszawa, profesor Kostecki otrzymał złote medale za całokształt osiągnięć naukowych. W zakres stanowisk społecznych i zawodowych profesora należy wymienić też pełnienie funkcji Prezesa Polskiego Związku Pszczelarskiego - przez okres 15 lat, a także funkcji Przewodniczącego Rady Nadzorczej Okręgowej Spółdzielni Pszczelarskiej w Poznaniu.

 

Od 1957 roku prowadził wykłady dotyczące chorób pszczół, równolegle dla studentów wydziałów weterynaryjnych w Warszawie, Lublinie i Olsztynie. Opublikowany dorobek naukowy profesora obejmuje łącznie 175 pozycji w tym monografii, studiów i rozpraw - 52, artykułów i komunikatów naukowych - 65, podręczników i skryptów – 9, a także instrukcji i publikacji popularnych 49.

 

Spośród ogromu funkcji zawodowych i społecznych jedna z nich miała charakter najbardziej trwały w życiorysie profesora, dotyczyła bowiem stanowiska Kierownika Zakładu Badania Chorób Owadów Użytkowych w Swarzędzu. Funkcję tę profesor sprawował w okresie od 1963 do 1993 roku. Z tą datą profesor przeszedł na jakże zasłużony wypoczynek. W trakcie jednego ze swoich ostatnich wywiadów prasowych z żalem wspominał o jednym niewykonanym przedsięwzięciu, a mianowicie utworzeniu w Swarzędzu, równolegle ze skansenem, Muzeum Pszczelarstwa. Jednak i to marzenie profesora spełniło się też, aczkolwiek w okresie późniejszym tj. w 1999 roku. W ten sposób Skansen wraz z Muzeum stały się jednym z największych Parków Etnograficznych. Kompleks ten w dalszym ciągu pełni funkcję dydaktyczną, muzealnictwa dawnego pszczelarstwa i związanej z nim dawnej sztuki ludowej. Ten urokliwy zakątek, powołany przez profesora i działający bez przerwy do chwili obecnej, stanowi niezwykle atrakcyjna wizytówkę Swarzędza, nie tylko w skali krajowej, ale wręcz światowej.

 

Niestety los sprawił odejście profesora z tego świata w 2001 roku. Dzieło prof. dr hab. Ryszarda Kosteckiego zostało uwiecznione w postaci pamiątkowej tablicy umieszczonej na terenie skansenu i nadającej imię jego twórcy całemu kompleksowi. W trakcie uroczystości odsłonięcia tablicy Prezes Polskiego Związku Pszczelarzy wypowiedział znamienne słowa „Profesor był dla nas miodem. Takim właśnie zapamiętamy zmarłego profesora”.

 

 

Źródło: www.sm-swarzedz.pl

 

 

 zdjęcie źródło: www.swarzedz.pl

 

Urodzona w Poznaniu, tu też ukończyła studia historii sztuki na Wydziale Filozoficzno Historycznym Uniwersytetu Adama Mickiewicza oraz Studium Plastyczne pod kierunkiem prof. Stanisława Szczepańskiego i prof. Wacława Twarowskiego.

Uprawia rysunek i malarstwo (14 wystaw indywidualnych), pisze wiersze i prozę.

  • W r. 1992 wydała dwa opowiadania i dwa tomiki wierszy
  • W r.1998 ukazała się powieść pt.”Kryptonim K 22”
  • W r. 2008 ukazał się zbiór opowiadań pt."Dzieciństwo w Kraju Warty” i dwa tomiki wierszy: erotyki pt.”Bosą Stopą” i liryki pt. "Szeptem” (Wydawnictwo BONAMI)
  • W r. 2010 wydała tom wierszy pt. "Jak Nefryt Zielona” i opowiadanie pt. "Spotkałam” (Wydawnictwo BONAMI)

 

Źródło: www.pisarki.wikia.com

 

 


19 marca 2015 roku, w Dniu Patrona Miasta i Gminy Swarzędz-Św. Józefa, odbyła się w Eurohotelu, uroczysta Sesja Rady Miejskiej, na której tytuł „Zasłużony dla Miasta i Gminy Swarzędz” otrzymała m.in. Pani Wanda Wasik.

  

 

  

                     

                                                                                         AUTORKA: LUCYNA MARZEC

 

Jedna z pierwszych Polek zarabiających na życie pracą literacką; tłumaczka i redaktorka, autorka licznych romansów historycznych i powieści współczesnych, tekstów publicystycznych, pamiętników oraz listów.

Biografia pary

Na świat przyszła w 1815 roku w Swarzędzu pod Poznaniem, jej matką była Regina z Zadolskich, a ojcem dzierżawca lasów państwowych, Karol Laucz. Wykształcenie przyjęła na pensji w Poznaniu. W roku 1832 wzięła ślub ze sporo od niej starszym Augustem Wilkońskim, absolwentem Uniwersytetu Wrocławskiego, skazanym za udział w powstaniu listopadowym oraz wyzwanie na pojedynek i zranienie oficera pruskiego. Ślub odbył się w czasie krótkiego okolicznościowego urlopu skazańca, a zaraz po ceremonii nowożeńcy przeprowadzili się do twierdzy w Głogowie, gdzie Augusta czekało jeszcze 12 lat więzienia.

Tony wypisanych podań i łut szczęścia sprawiły, że już w 1836 roku August został zwolniony z więzienia i małżonkowie rozpoczęli kolejny etap życia, kontrastujący z przykrymi doświadczeniami zamknięcia za murami twierdzy. Często zmieniali miejsce zamieszkania, najpierw przebywali w Berlinie, potem w Warszawie, następnie przez rok dzierżawili wieś Garbatka w Lubelskiem, a potem ponad dwa lata żyli w Tynicy pod Radomiem.

Organizowane co wtorek spotkania stołecznych literatów i dziennikarzy w domostwie Wilkońskich przeszły do historii jako jeden z sygnałów podtrzymania tradycji rozbitej już Cyganerii warszawskiej, a dokładnie prześmiewczo-ironicznej krytyki rozbudowanego ceremoniału i bufonady. Zawiązane „stowarzyszenie” o nazwie Cech Głupców było aktywne w latach 1844-1846, prezesem był sam Wilkoński, słynny humorysta i autor Ramot i Ramotek, do Cechu należeli m.in. Narcyza Żmichowska (Dziwnie Głupia), Teofil Lenartowicz (Tkliwie Głupi) czy Aleksander Niewiarowski (Wcześnie Głupi). Cech specjalizował się w utworach satyrycznych i humorystycznych różnego gatunku (wiersze, rysunki, utwory prozatorskie). Wilkońska edytowała z mężem efekt spotkań Cechu Głupców, pismo Dzwon Literacki, czyli zebrane prace pisemne, obowiązujące w comiesięcznym rozrachunku każdą zrzeszoną osobę. W 1846 roku ze względu na represje policji carskiej archiwum Cechu zostało zniszczone.

Paulina prowadziła salon, do którego bywalców należeli najważniejsi intelektualiści i literaci Warszawy. Środowisko „Biblioteki Warszawskiej”, „Przeglądu Naukowego” i Cyganerię warszawską empatycznie i barwnie opisała Paulina w swym najsłynniejszym dziele: Wspomnienia o życiu towarzyskim w Warszawie (1871).

Czas literackiej aktywności zakończył się dla Wilkońskich z roku 1948, kiedy władze carskie zarzuciły Augustowi utrzymywanie kontaktu z rewolucjonistami na emigracji. Oskarżony przez rok więziony był w Cytadeli, skąd przeniesiono go do twierdzy w Zamościu. Paulina po raz kolejny postanowiła dołączyć do męża w więzieniu: spędzili tu kolejny rok życia. Z końcem 1850 roku wrócili do Warszawy, gdzie nie zaznali długo spokoju. Po kilku miesiącach August otrzymał nakaz natychmiastowego opuszczenia Królestwa. Wyjechali do Karlsbadu, po czym powrócili w swe rodzinne strony, do majątku Siekierki w Poznańskiem. Wilkoński zmarł w lutym następnego roku. Paulina po śmierci męża tylko raz opuściła Wielkopolskę. Zmarła w Poznaniu 9 czerwca 1875 roku.

Kobieta-pisarka

Paulina Wilkońska przez całe dorosłe życie intensywnie oddawała się twórczości literackiej. Pierwszą powieść pt. Helena, napisała niedługo po ślubie, kiedy towarzyszyła mężowi w głogowskiej twierdzy: miała wtedy niewiele ponad dwadzieścia lat. Książka (wraz z utworem Wróżka) ukazała się dopiero w latach pięćdziesiątych; znacznie wcześniej, wtedy, gdy małżeństwo osiadło w Warszawie, Paulina zadebiutowała w Pierwiosnku (piśmie Pauliny Krakowowej) opowiadaniem Zasłona księżniczki Elizy Radziwiłłowej. Drobne utwory, prozatorskie i felietonowe podpisane jej nazwiskiem (bądź pseudonimem Paulina z L-W) można było znaleźć w takich czasopismach, jak Przegląd Naukowy, Zorza, Biblioteka Warszawska, Dwutygodnik Literacki, ale także: Niewiasta, Tygodnik Mód, Dziennik Mód Paryskich, Czytelnia dla Młodzieży, Dzwonek, Strzecha, Przyjaciel Dzieci, Rodzina.

Inspirowana gotyckimi romansami suspensu oraz romansami historycznymi, Paulina napisała kilkanaście powieści o znaczących tytułach i podobnym schemacie fabularnym, tj. romansowo-przygodowym, o wartkiej akcji i suspensie albo o charakterze melodramatycznym, np. Kanna z Grzymałowa. Powieść z czasów Kazimierza Wielkiego, Wróżka. Powieść z ubiegłego stulecia, Fatamorgana. Powieść, Skalińce. Opowiadanie z przeszłości, Trucizna. Powieść, Panna Kasztelanka czy Dziedziczka Jodłowca. Zajmowała się także literaturą i publicystyka dydaktyczną, skierowaną do młodzieży, np. Bez przesądu. Szkic współczesny, Dwa śluby. Powieść. Z dodatkiem powiastki: Próżność ukarana albo Powiastki dla panienek. Jej twórczość obejmuje także popularne w owym czasie obrazki i szkice: Wieś i miasto. Obrazy powieści, Godzina rozrywki. Zbiór powieści, szkiców i obrazów. Prowadziła bogatą korespondencję (ponad 200 listów) z Józefem Ignacym Kraszewskim i innymi ludźmi pióra.

Jej nazwisko było rozpoznawalne i popularne nie tylko wśród intelektualnych elit – przede wszystkim na jej kolejne utwory czekały polskie czytelniczki i czytelnicy. Niejedną powieść udało się Wilkońskiej opublikować za przyzwoleniem cenzury – jako że po śmierci męża utrzymywała się jedynie z pracy literackiej (a i wcześniej nie raz była odpowiedzialna za finanse małżonków), miało to ogromne znaczenie: nie tylko dlatego, że poszerzało krąg odbiorców, ale przede wszystkim pozwalało legalnie udowodnić samodzielność finansową wdowy bez pokaźnego majątku.

Pisanie „w obecności” cenzury miało też swoje wady – Wilkońska na wiele bliskich jej i ważnych tematów nie mogła swobodnie się wypowiadać, na przykład rozprawiać nad losem powstań i powstańców. Jako jedna z pierwszych kobiet pióra na ziemiach polskich musiała także liczyć się z gustami i oczekiwaniami czytelniczek i czytelników. Nie miała przy tym charakteru amazonki, jak jej rówieśniczka, bezkompromisowa Julia Woykowska; nie posługiwała się męskim pseudonimem literackim, jak George Sand, raczej korzystała ze sprawdzonego toposu skromności (pióra w wątłych dłoniach), a dzięki pogodzie ducha, ciepłu i życzliwości, zjednywała sobie otoczenie – zarówno jego męską, jak i żeńską część.

W warszawskim salonie

Bywalczyni salonów – i prowadząca salon własny – żyła w towarzystwie wykształconych mężczyzn i światłych kobiet, połączonych bliskimi zainteresowaniami i ideami, dla których sprawy płci, ich powinności stanowiły przedmiot żartobliwych rozmów, gdzie relacje układały się partnersko. Tak przynajmniej jawi się warszawskie towarzystwo Wilkońskich we wspomnieniach Pauliny, która opisała tutaj nie tylko słynnych mężów stanu i poetów, ale także bliskie jej kobiety, niejednokrotnie centralne postaci ówczesnego życia towarzyskiego, dziś już zapomniane. Wybiórczość historii to jednak inny temat rozważań (ale na marginesie trzeba dodać, że do tej pory nie powstała monografia twórczości Pauliny Wilkońskiej ani próba biografii pisarki), zaś konfrontacja przekazów słowników i encyklopedii z relacjami naocznych świadków czasem stanowią miłą niespodziankę. Oto znaczący przykład (jeden z wielu) zanotowany przez Wilkońską:

Pani Kornelia z Krajewskich Paszkowska, siostrzenica jenerała Klickiego, jedne z mężem [Józefem Paszkowskim – dop. L.M.] dzieliła zapatrywania — i podobno zgodniejszego nie było małżeństwa. Pisywała także różne artykuły, ale bezimiennie. A jej główne z zamiłowaniem zajęcie stanowiło malarstwo, mianowicie też krajobrazy, w których dużo jest prawdy i wdzięku. Przyjemna, dobra, pełna względności, wykształcona, skromna, szczera i naturalna — kochać kazała się tym wszystkim, którzy ją znali. Mąż jej lubił, że zajmowała się pędzlem, i gdy go było zapytać:

— Cóż robi pani pułkownikowa? Odpowiadał z wyrazem zadowolenia:

— Maluje.

Oczywiście, można od razu zarzucić „partnerstwu” Paszowskich, że Kornelia pisze pod pseudonimem, a jej obrazy nie są wysoko cenione na rynku sztuki. Tylko że w pierwszej połowie XIX wieku (a stan ten przeciągnął się znacznie dłużej) kobiety częściej ukrywały przed rodziną jakiekolwiek przejawy ekspresji twórczej, niż dzieliły się swoimi pasjami, pseudonimem zaś posługiwali się równie często mężczyźni, co kobiety, a to znów ze względów politycznych. Wilkońska pisze o czasach, kiedy mąż mógł żonie zakazać „rozrywek”, a konserwatywne mieszczaństwo nie akceptowało wcale kobiet na salonach – porównując koleje losu autorki Podkomorzyny i wspomnianej już Julii Woykowskiej trudno nie zauważyć ze smutkiem, jak znacząco różniła się atmosfera życia w światowej Warszawie i prowincjonalnym, konserwatywnym Poznaniu.

Ważne jest bowiem to, że Wilkońska opisała małżeństwo Paszkowskich nie jako wyjątek od reguły czy przedziwną salonową aberrację, ale jako warszawski status quo. Jej wspomnienia są poświęcone w równej mierze mężczyznom i kobietom – ich artystycznej twórczości i towarzyskim koligacjom. Tak wygląda dalsza część opisu salonu Paszkowskiej:

Żyła przez lat wiele w serdecznej przyjaźni z jenerałową Sowińską, której pogrzeb i cześć jej bohatyrskiej pamięci małżonka oddana tak historycznego nabrała rozgłosu. Można u pułkownikostwa było spotkać pierwsze naukowe powagi, znamienitego malarza Januarego Suchodolskiego, obywateli wiejskich — starych i młodych. Tam poznałam panią wojewodzicową z Wąsowiczów Czarnecką, jedną z najprzyjemniejszych Polek, umiejętną malarkę i muzyczkę z wyższym poczuciem. Córkę tejże, panią Bożydar-Podhorodeńską. Jenerałową Malletską, Mallet de Granville, wraz z córką Walerią Morzkowską — obiedwie znane jako uzdolnione autorki.

Spore fragmenty wspomnień przypominają wręcz encyklopedyczne hasła: Wilkońska krótko charakteryzuje aktywność zawodową i artystyczną każdej wspomnianej postaci, wymienia tytuły utworów wraz z opisaniem przynależności gatunkowej, podaje czasopisma, w których można znaleźć utwory danej osoby, dopiero później przytacza anegdoty salonowe czy cytuje wpisy do swego albumu.

Trudno przecenić wspomnienia Pauliny – chociażby dlatego, że pomagają rozwikłać zagadki pseudonimów wielu polskich publicystek. I jakkolwiek większość koleżanek Pauliny po piórze nie było związanych z Wielkopolską, nie można pominąć ich teraz milczeniem – utwór Wilkońskiej stanowi także dowód serdecznych kobiecych przyjaźni (na przekór Balladynie). Szczególnie ciepło wspominała Wilkońska Katarzynę z Lipińskich Lewocką, publicystkę i pisarkę, prowadzącą salon literacki i zaprzyjaźnioną z Klementyną z Tańskich Hoffmanową. Za pośrednictwem Lewockiej Paulina przekazała Hoffmanowej, którą uważała za wielki autorytet, kilka swoich powieści i otrzymała miły list, polecający jej gładkiemu pióru tematykę historyczną. Bardzo ważną osobą była dla Wilkońskiej matka Deotymy, Nina Łuszczewska, którą opisywała ciepłymi, pełnymi wdzięczności i podziwu słowami, a także wojewodzina Anna Nakwaska, znana z oryginalnego humoru czy celnie wyłapujące wszelkie muzyczne talenty, Seweryna Pruszakowa. Hanna Wójcicka (z domu Magnuszewska) i Tekla Maciejowska z Krzyżanowskich, Monika Korzeniowska (z domu Vogel) – wszystkie te kobiety były nie tylko żonami słynnych mężów. Przede wszystkim prowadziły w swoich domach salony literacko-artystyczne.

W kręgu ziemiaństwa

Alina Witkowska pisała, że książki Pauliny to literatura o kobietach (…)jakby jedna powieść o jednej kobiecie (…): ta sama o tej samej, tak dalece podobne są losy bohaterek, problemy wobec których stawia je życie. Wybory jakich dokonują i perypetie powieściowe, poprzez które ten kobiecy teatr życia oglądamy. Trudno się z tym sądem w pełni zgodzić. Owszem, powieści Wilkońskiej, zwłaszcza te pisane po powrocie z Warszawy w rodzinne strony, można opisać jako polską realizację biedermeieru z całym tego nurtu obciążeniem ideowym i tematycznym, czyli zgodnie z propozycją badaczki. Wilkońska przedstawia tu polską kulturę ziemiańską wraz z jej systemem wartości i obyczajami, gloryfikuje wieś, w opozycji do zdemoralizowanego miasteczka, optymistycznie wierzy w szlachetność i czystość, mogących przezwyciężyć wszelkie przeciwności losu, wrogów (zaborców i zepsutą szlachtę).

Ale „kobiecość” utworów Wilkońskiej nie jest tak oczywista, szczególnie w ich powierzchniowej, fabularnej warstwie, która przedstawia zarówno sceny z męskich spotkań w Bazarze przy kartach czy ojcowsko-synowskich rozmów za zamkniętymi drzwiami, jak i samotne spacery wypełnione marzeniami panny na wydaniu czy dyskusje o planach karnawałowych matek. Wilkońska szkicowała z równym zainteresowaniem i ciężarem ideowym komplementarny, dwupłciowy świat, z tym, że był to świat tradycyjnych wartości, mocnych podziałów na męskie (ekonomia, polityka) i kobiece (dom, salon) i na tym tle zarysowanych odwiecznych miłosnych historii. Ale niejednokrotnie czyniła to w sposób polemiczny – i w pewnym sensie bardzo odważny.

W swej krytyce była Wilkońska subtelna, ale konsekwentna: jeśli jej powieści wydają się dotyczyć głównie miłości i spraw mariażu, to przedstawiają zazwyczaj konflikt między prawami serca a twardym rynkiem małżeńskim, niezależnym nie tylko od pragnień kobiety, ale też młodego mężczyzny – będącego jedynie wykonawcą ekonomicznego prawa zysku i opłacalności (za którym stoi rodzina). Na rynku kobiet i mężczyzna, zwłaszcza bohater pozytywny – szczerze kochający i szlachetny – jest towarem, pokazywała Wilkońska – skoro, zgodnie z ówczesnym prawem, dzieci podporządkowane były woli rodziców, najczęściej twardo stąpających po ziemi i pragnących zabezpieczenia materialnego dzieci.

Karty jej powieści wypełnione są postaciami wdów czy ciotek, dających się oszukać eleganckim bankrutom, mimo sprzeciwu podopiecznych, które przeczuwają, że z przyszłym mężem czekać je będzie tylko nieszczęście. Jakże często mężczyźni wykorzystują i porzucają kobiety (dla kart, alkoholu, zagranicznych wojaży), nie traktując ich jako partnerek, ale równie często mądrzy, bogobojni mężczyźni muszą stawiać czoła niechęci przyszłych teściów, walczyć z niezrozumieniem, plotkami i obmowami. Gdy w jakiejś rozmowie tradycyjny patriarcha kąśliwie wypowie się o kobiecych słabościach – jego wypowiedź zaraz kontrapunktuje inna, biorąca kobiety w obronę: -Wszelako ładne sukienki i fraszki toaletowe, fraszki niekiedy arcy-kosztowne, nader miłe dla kobiety stanowią przedmioty. - Przez poczucie piękna, mój ojcze! W tym samym utworze występuje rozrzutna modnisia, rujnująca męża i kobieta samodzielnie i rozsądnie prowadząca gospodarstwo ziemskie: Miała i wielce praktyczny rozum, rozum liczebny, oparty na domyślności niewieściej. A czemżesz to jest taka domyślność niewieścia? Wyższą zaiste od dyplomatycznej woni najbieglejszych polityków dzisiejszych.

Była Wilkońska w pewnym sensie tendencyjna, bo przedstawiła ludzkie typy, nie indywidualności, ale nie schematyczna, nie stereotypowa. W najgłębszych, podskórnych warstwach swej twórczości krytykowała umowę społeczną, prawo rodzajowe i jego legalne wykładniki, pokazywała różne wzory życia, nie tylko tradycyjne, choćby tradycyjne były najbezpieczniejsze. Posługiwała się często łagodną ironią i humorem, także pozornie wymierzonymi w siebie jako pisarkę. Przykład znamienny, bo wskazujący, jak trudnym zadaniem jest opisanie prozaicznych, wydawałoby się, czynności związanych z przygotowaniem świątecznego śniadania (kobiecego krzątactwa) z utworu Wieś i miasto (1841):

W wielką sobotę pod wieczór w domu Porajów ustało już to przedświętne krzątanie się, którego godnie opisać, żaden się jeszcze wieszcz nie ośmielił. Nie należę do zarozumiałych kobiet, co się na najtrudniejsze przedmioty zuchwale rzucają: pominę więc brzęk moździerzy, stukanie krających migdały noży, ten nieokreślony kłopot o utrafienie pieca; opuszczę te słomki, co we wnętrza poważnych bab stawianie, o ich dojrzałości świadczyć miały; z żalem pominę radość starego kucharza, któren dumnie na wystrojonym bukszpanem i chrzanu korzonkami łeb dzika spoglądał; napróżnobym się siliła skreślić zadowolenie panny Brygidy, pokrewnej rezydentki w domu Porajów, która baranka z masła, z chorągiewką, ze swego wyniosła pokoju. Nie, zaiste – czuję, że to przechodzi siły pióra mojego. Raczej opowiem: iż o szarej godzinie po odjeździe księdza proboszcza, któren szynki, baby, placki, kiełbasy, bułeczki, chleb, ser, jaja i masło, gorzałkę, ocet, likwory, wino, piwo i oliwę, pieprz, cukier, sól, kawę i.t.d. już był poświęcił, - ze wszystkich stron dzieci sędziwych Porajów – jakoby na omówione hasło – zjeżdżać się poczęły.

Pisarka umiejętnie pogodziła własne przekonania, w tym oczywiste dla niej równe znaczenie i wartość mężczyzn i kobiet, ze schematem fabularnym powieści, której odbiorcy wywodzili się z konserwatywnego, ziemiańskiego środowiska. Pisała w końcu nie dla przyjemności, a dla chleba.

Wielkopolska

Nazwa rodzimej dzielnicy pojawia się tylko raz w tytule publikacji Wilkońskiej: akcja Obrazka poznańskiego (1857) rzeczywiście rozgrywa się w Wielkopolsce: (…) Poznańskie jest kolebką moją: tutaj pierwszy zmówiłam paciorek – tutaj pierwszą zanuciłam piosenkę – tutaj łzę pierwszą wylałam pisała we wstępie do powieści, a wielkopolską wieś opisywała zgodnie z powszechnym przekonaniem o solidności i uporządkowaniu tego rejonu:

Gęsto po żyznych łanach posiani hubiarze nadając okolicy cechę całkiem odrębną od innych prowincyj polskich, świadczą, że jesteśmy w Poznańskiem. Te porządnie zabudowane gospody, ocienione w drzewa, zagrodzone płotami, jakkolwiek lepszego bytu włościan dowodzą, nasuwają wszelako odosobnieniem swojem myśl niemiłą – niby tęskną i smutną -, jakowego rozdziału: niełączenia się w jedno ogniwo. Gdzieniegdzie dach czerwony jaskrawo wśród młodej zieleni wystrzeli – ale wdzięczniej, więcej błogo wabi widok szarego kościółka wpośród kilku wysoko wybieg łych drzewin; Bożamęka ponad drogą w głogowym wieńcu; wioska o słomianych strzechach, do której droga topolami sadzona wiedzie, biały dworzec ponad sinem jeziorwm, szaremi kryty Szkudłami – bo to jest swojski obrazek''.''

W kręgu wielkopolskich ziemian i pracującego na wsi oraz w małych miasteczkach ludu toczą się akcje kilku powieści i obrazków Wilkońskiej, a chociaż nieczęsto autorka opisywała typowe dla Poznańskiego stroje, zwyczaje czy krajobrazy, to można w jej twórczości wyłuskać kilka interesujących akcentów. Przejmujący, krótki utwór Dwie mogiły. Powieść z podań ludu poznańskiego przedstawia ludowy zwyczaj zmówin i oględzin, czyli swatania i oświadczyn, podczas których kandydat poszukuje swojej wybranki jako zagubionej źrebiczki: Miała Oczki kiej tareczki, Buzię jak śmietanę,/ I białę ząbeczki,/ Jagody rumiane, a gdy już ją odnajdzie, przy pomocy starszyzny rodu, „źrebiczka” zostaje oprowadzana panny po izbie, w celu sprawdzenia, czy nie kuleje – zakuleć musi, wtedy bowiem wybranek mówi, że choćby i na dwie nogi kulała, to jego ukochana i zagubiona wybranka, po czym następuje symboliczny pocałunek i podkurek obydwu rodzin. Radość odnalezienia nie trwa jednak długo: ubrani w piękne, odświętne stroje, narzeczeni na jarmarku zamiast wybierać gości weselnych, spotykają Opętaną z Gołańczy, wijącą się i krzyczącą, która zbiera datki na odkupienie biesów, a zaraz potem Marysia wpada w oko paniczowi, który planuje wykraść ją jako służącą. Janek, nie zastanawiając się długo, zabija narzeczoną i siebie – taka jest legenda dwóch skromnych grobów, pokrytych darniną, które spotyka się na drodze z Poznania do Dąbrówki.

Gniezno, Swarzędz, Owińska, Siekierki, Kostrzyn, Wierzonka, Gołańcz oraz dzielnice Poznania: Chwaliszewo, Śródka, i oczywiście, Stare Miasto, pojawiają się jako miejsca akcji czy też wspomnień bohaterów powieści Wilkońskiej: zawsze jako miejsca historyczne, realne, ale też idylliczne, a zarazem symboliczne:

Iwno: jezioro w nizinie, niby wielkie zwierciadło w marmurowej osadzie; na niem wysepka w kształcie dużego kopca, a na wysepce figura św. Wawrzyńca, i gniazdo bocianie za rosochatym drzewie. Ponad jeziorem domek otoczony wierzbami, poza nim ogród w piękne drzewa bogaty; dwa pozostałe szare pawiloniki od dawnego pałacu; fontanna – a dalej, wprost kościoła, znowu na podniesieniu, nowy pałac pięknej, eleganckiej struktury wyzierający z poza drzew nad wyraz wdzięcznie u uroczo.

 

 

Źródło: pisarki.wikia.com

 

 

 

logo

Odwiedza nas 7 gości oraz 0 użytkowników.


Copyright © 2013. All Rights Reserved.